Bright eyes, blinded by fear of life...
sobota, 19.maja.2012, 01:43And so I drink to stay warm and to kill selected memories, 'cause I just can't think anymore about that or about him tonight. But I give myself three days to feel better or else I swear I'll drive right off a fucking cliff...
Płynie... Zabawna zielonkawa maź we wnętrzu mojej głowy. Ciepło. Wódka. Zagnieżdża się milutko w mojej czaszce. Zabija Cię i wszystkich ludzi naokoło pobudzana dźwiękiem Blind Guardianowskich gitar w moich słuchawkach. Powoli wzrasta moja nienawiść względem ogółu tych brzydkich ludzi otaczających mnie ze wszystkich stron. Mój niezwykle wyczulony zmysł estetyczny woła o pomstę do nieba. Boże, jak mogłeś wyprodukować takie paskudztwo? Nędzną, szarą masę. Bezmózgą dresiarnie. W klubie pełnym po brzegi, widzie jednego przyzwoitego osobnika płci męskiej. Pomijając może twarz, Maciek wydawał się całkiem niezły. Obsesyjna mania nadawania nazw ludziom. Bezsens.
Bardzo upodobałam sobie stan, gdy bas huczący z wielkich głośników tłucze mi klatkę piersiową od środka. Jakby coś próbowało się wydostać z mojego wnętrza druzgocząc mi przy tym żebra. Wibrowanie ścian w rytm szmirowatej muzyki, też zdawało się niczego sobie, do czasu gdy wyparowała ze mnie reszta alkoholu, ludzie znowu stali się przeokropnie paskudni, a muzyka denną i mało znacząca. Stałam się wbrew woli pewną cząstką elementarną masy, wbita w nią, zniewolona brzydotą napierającą na moją prywatną przestrzeń, gwałcącą moją osobistą otoczkę powietrza, dymu i drobnoustrojów.
Zabawne, przypadkowe osoby, jednorazowi znajomi (odwołując w dalszych przemyśleniach w tej kwestii do Fight Clubu). Siedział koło mnie chłopak/mężczyzna (?) no około 20 w każdym bądź razie. Nasza komunikacja werbalna była dość ograniczona, ale przez większość czasu czułam jego ciepłe udo przy moim. Ręce też miał ciepłe, lekko wilgotne. W taki dobry sposób. Palce również miał całkiem miłe, dowiedziałam się, że miewa kontakty z gitara, co w tej kwestii zazwyczaj raczej dobrze wróży. Nie pamiętam jak miał na imię.
Świat nocą jest bardzo urokliwy, zważywszy na to, że takie już ze mnie nocne zwierzę. Potwór zamknięty w ciemnej, zatęchłej trumnie za dnia. W nocy wszystkie mary wychodzą z łóżek i odgryzają małym niegrzecznym dzieciom głowy. Najlepiej smakują z ketchupem... Włóczą się po ciemnych zaułkach, siedzą w samochodowych bagażnikach popijając z gwinta wódę i popalając papierosy. Taki już mój smutny los. Umęczające wpatrywanie się w pijanych ludzi, gdy alkohol nie trzyma mnie w ryzach.
Czas spać. Zmęczenie jednak w końcu osiągnęło nade mną górę. Umarłam dziś trochę. Ale siekiera uczepiona na obrywającym się postronku nad moją głową jakby spadła pod niewłaściwym kątem omijając mnie zupełnie. 17/20, bitches. Życzę udanej nocy.
Wieczór dziś mamy niezwykle urokliwy. Zbyt bardzo nawet urokliwy by siedzieć tu w samotności i czekać na moment w którym pojawisz się w zasięgu mojego wzroku. Wiem że tu jesteś. Czuję twoją obecność w gęstniejącej na około aurze. Parne powietrze napiera na mnie wpychając mnie do środka pudełka z napisem "rzeczy po Jasiu". Może tu, może kilkaset metrów dalej, nie ważne i tak się nie spotkamy, choćbym nie wiadomo ile czekała. Nie przyjdziesz. Możność nienawidzenie cię uczyniła by wszystko takim prostym. Znacznie ułatwiłaby wszystkie niedokończone sprawy. Tylko dlaczego miałabym cię nienawidzić? Przecież od początku mówiłeś że tak będzie, tylko ja nie chciałam wierzyć... A teraz mi pusto. Siedzę tu sama, połyskliwe światła latarni wirują delikatnie wraz z całym światem. Dym z papierosa wiruje wysoko ku niebu, czarownie odwracając moją uwagę na rzecz błahych, chwilowych uroków zwykłego świata. Światła w górze leniwie zmieniają kolory, odmierzając upływające minuty. Gdzieś, parę tysięcy lat świetlnych stąd jasno iskrzą gwiazdy, zatarte przez dzień metropolii. Gdzieś, parę tysięcy lat świetlnych stąd siedzisz Ty, tuląc mnie w swoich wielkich i ciepłych ramionach. Szepczesz mi do ucha, że już wszystko będzie dobrze. Twój szept wywołuje dreszcze... Jak zawsze twój miękki głos sprawia że cała drżę. Rzucasz głupi żart, a ja jestem zła. Śmiejesz się. Całujesz mnie na zgodę. Taak... Gdzieś paręset tysięcy lat świetlnych stąd. Napierasz na mnie swoim nagim ciałem w którym za chwile ginę i się zatracam. Gdy uprawiamy seks wreszcie mogę na chwile pożyczyć sobie złudzenie o twojej miłości, wykorzystuje twoją słabość by na to parę minut usłyszeć od ciebie strumień niemych zapewnień. Musze się stąd wyprowadzić. Spakować moje małe pudełko i wynieść je na śmietnik. Wcisnę tam twój każdy uśmiech i twoje błyszczące zielenią w porannym słońcu oczy. Nasz pierwszy pocałunek, gdy oboje byliśmy ofiarami nocy i niespełnionych marzeń. Litry alkoholu pulsującego we krwi i wszystkie bajki na dobranoc, które opowiadałeś. Żal po rozpiętych spodniach i nieprzespanych nocach, lukach w filmie. Ptaszki odlatujące z pięciolinii. To że potrafiłeś zrobić to czego oczekiwałam. Na wierzch rzucę ramkę ze wspólnym zdjęciem znad łóżka. Naprawdę ciężko mi się z tym rozstać, bo wiem ze tylko to mi zostało. Jeśli to czytasz to przestań. Nie chce. Odejdź...
Moja głowa szumi zbyt nieposłusznie bym była w stanie ją dzisiaj poskromić. Zły duch siedzi koło mnie rzygając czarną mazią przez moje uszy. Wypełniam nią głowę żeby odgonić natrętne myśli i stare zakurzone słowa. Mój duch, anioł stróż, diabeł wcielony, cały oblepiony pogniecionymi wspomnieniami z czasów gdy wszystko postanowiło się spieprzyć i już nigdy potem nie naprawić. Nakryta jego czarnymi skrzydłami, patrzę w jego czarne oczy, z których przelewa żale w moją czarną duszę i drżę wrzucona w rytm jego chłodnego oddechu, w głębię bezkresnego lodowatego oceanu. Uciekam, biegnę, upadam potknąwszy się o wystający korzeń wyrosły na grobie moich przerośniętych marzeń i ambicji. Po prostu tu sobie poleżę. Przytule się do zimnego, wilgotnego grunty pełna nadziei ze kiedyś w końcu stanę się jego integralną częścią. Pogrążę się w neutralnej, beztroskiej nicości.
Książki... Jaram się jak cygan świeczką! Właściwie co ma cygan do świeczki? Nie łapię. Ale to było drugie co mi wyskoczyło zaraz po "cyganie jedzą psy?!"( like srsly...), gdy wpisałam w google "jaram się jak cygan...". Ktoś mi to wytłumaczy?
Anyway. Książki to naprawdę fajna rzecz. Trafiłam dziś w pewne miejsce, przy pięknym rynku jednego z dość znanych polskich miast. Weszłyśmy tam z J. w zasadzie przypadkiem, bez żadnego calu, lub też wcześniejszego zamiaru uczynienia tego kiedykolwiek w naszej najbliższej przyszłości. -O pada, nie ma gdzie iść. O, nie ma co robić, wejdziemy do E.? -Jasne, nie ma sprawy. Włócząc się w pierwszej chwili melancholijnie po rozległych salach usytuowanych na rozmaitych piętrach początkowo nie dostrzegłyśmy nic specjalnie zachwycającego nas swoją specyfiką, niecodziennością. Chwilę postałyśmy przed działem z pokaźnych rozmiarów słuchawkami w różnorakich kolorach. "Oh, oh" - trwał nasz zachwyt nad bezwartościowymi zbytkami konsumpcyjnego świata. Przygoda ze słuchawkami znudziła nam się jednak dość szybko, zatem postanowiłyśmy odbyć magiczną podróż, zaczarowaną poniekąd windą na 3 piętro. Towarzyszył nam przemiły pan o imieniu Kamil (tak, przeczytałam na jego uroczej plakietce roboczej na równie uroczym roboczym ubranku). Nie był zbyt wylewny. Właściwie nie zamieniliśmy ni słowa. Był też dosyć powściągliwy w czynach. W zasadzie moja ocena jego osoby była pochopna i nie poparta żadnymi faktami, uznałam go za miłego z zasady. Może przez imię? Ale dobrze, nie tędy droga. Co ja to...? Właśnie. Zatem trafiłyśmy na 3 piętro (jestem tego prawie pewna, wszak czego pewni możemy być tak naprawdę w stu procentach?). Tam odbyłyśmy jeszcze dość mało interesującą podróż w krainę długopisów, ale na końcu tej wyboistej drogi czekał na mnie istny Eden, Valhalla, o której marzy każdy przyzwoity Einherjer, prawdziwy "cud na Wisłą" (który poniekąd w niedużej odległości czasowej wpadł również w moje ręce). Rozległe, metalowe, ażurowe kosze, wypełnione po brzegi KSIĄŻKAMI po 9.99 (!!!!!!) ukazały się moim oczom. Były to przedmioty różnorakie. Lecz wszystkie przyjemnie papierowe i szorstko pachnące. Niektóre niezbyt pociągające mnie estetycznie (policzkujące mnie z okładki zdjęcie Roberta Pattisona, lub świętym obrazkiem), inne kojące, czarne, przyjemne... Po wstępnych oględzinach wizualnych i weryfikacji moich upodobań, zebrało się kilka sprawiających pozytywne wrażenie i wiążących się z nadzieją na udaną współpracę w przyszłości pozycji. Co prawda żadna z nich nie była mi choćby w najmniejszym stopniu wcześniej znana, ale poczułam przypływ miłych uczuć. Jedna z nich odznaczała się nawet w sposób szczególny, z lekka zgniecionym i potarganym grzbietem. Roztaczała przyjemną woń intrygującej historii, która ją spotkała. Może dawno? Może kilka sekund wcześniej za sprawą jakiegoś niezdarnego miłośnika literatury, lub innego głąba z brakiem poszanowania do tak istotnych w naszym świcie przedmiotów. Tu kończy się moja opowieść. Wprawdzie poszukiwania kasy, w której mogłybyśmy dokonać zakupu miniaturowych cząsteczek umysłu autorów uznanych przez ludzi wykwalifikowanych za artystów były żmudne i nurzące, ale to już zupełnie inna historia... Po mniej niż kwadransie udało nam się opuścić E. z dumą dzierżąc efekt naszych (głównie moich) ciężkich łowów, tuląc do piersi nasze małe papierowe dzieci.
Urok ich z rzadka jest doceniany przez licznych tego bezdusznego świata, bez myśli i pardonu. Książki…
W pierwszej części mojej wypowiedzi muszę nadmienić, nie bez pewnego zmieszania, iż spożywałam dziś alkohol z szanowną rodzicielką mojej długoletniej przyjaciółki. Była to dość groteskowa i niecodzienna sytuacja, która z początku wpędziła mnie w lekkie zakłopotanie. Aczkolwiek po raz pierwszy od dwunastu lat naprawdę poczułam wyraz szczerej sympatii emanującej od tej kobiety. Wydała mi się interesującą i barwną postacią. W końcu przyjaciółka moja po kimś musiała odziedziczyć w pakiecie z rozległą gamą przywar, tych parę istotnych, przystojnych zalet, które obligują ja do tegoż właśnie miana.
ELEONORA Co mama robi?
EUGENIA (rzeczowo) Umieram.
ELEONORA Mama żartuje? (Eugenia nie odpowiadając, w dalszym ciągu oporządza katafalk, ściera z niego kurz rękawem etc.) Słuchajcie, mama mówi, że umiera!
EUGENIUSZ Jak to umiera! My tu mamy ważne sprawy!
ELEONORA Słyszy mama?
EUGENIA Pomóż mi. (Eleonora machinalnie podaje jej rękę. Eugenia wchodzi na katafalk)
ELEONORA Niechże mama nie dziwaczy, przecież dzisiaj dzień ślubu. Chce mama wszystko zepsuć przez jakąś śmierć?
STOMIL Jaka śmierć, co za śmierć! Nigdy nie brałem tego pod uwagę...
ARTUR (do siebie) Śmierć? Dobra myśl...
EUGENIUSZ To szaleństwo, Eugenio, bądź rozsądna, kto to widział umierać?!
ALA Babciu, to przecież nienormalne!
EUGENIA Nie rozumiem was. Jesteście tacy inteligentni, a jak tylko człowiek chce zrobić coś tak zwyczajnego jak zgon, to wszyscy się dziwią. Co za ludzie! (kładzie się na wznak, splata ręce na piersi)
[...]
EUGENIUSZ Geńka, dosyć tych ekstrawagancji! Co za umieranie! Tego nigdy nie było w naszej rodzinie!
ARTUR Śmierć... wspaniała forma.
Dziś taki ładny dzień, który nie zdarza się zbyt często (czyt.29 luty), więc doszłam do wniosku, że wypada to jakoś upamiętnić. I lubię to, że nakurwia słońcem.
"Alkoholowi w bloku sąsiedzi. Znów przyszła wiosna nie wiedzieć, kiedy. Niekonwencjonalny śmiech. A w żyłach wciąż pulsuje krew" Ładnie.
Kilka dni temu naszła mnie pewna refleksja w temacie sztuki, którą postanowiłam się podzielić. Dawniej ludzie rozwijali się, pragnąc doskonałości, wciąż pogłębiając swoje umiejętności techniczne, wynajdując coraz to nowe sposoby na lepsze, dokładniejsze oddanie rzeczywistości. Rozwijała się myśl techniczna w pogoni za ideałem. Z czasem sztuka osiągając punkt kulminacyjny perfekcji, do której może dojść człowiek zaczęła darzyć do coraz większej syntezy. W zaniku formy, chowając się, za treścią ukrywając swoje niedoskonałości. Czy ktoś jeszcze wierzy w SZTUKĘ DLA SZTUKI? Czy człowiek "wykształcony" zwraca uwagę już tylko na to czy zawiera ona jakiś przekaz? Z kolejnym spostrzeżeniem, idąc krok dalej może zadać pytanie, czy jest to w ogóle jeszcze sztuka? Czy nie powinno rozgraniczać się tego co piękne, przyjemne, łechtające nasz zmysł estetyczny i tego co dydaktyczne, a więc zamiast charakteru artystycznego posiada charakter naukowy? Wszytko, co było możliwe zostało już wymyślone, pozostało nam zlizywać marne resztki i błędnie łudzić się nadzieją na to, że przeszłość pozostawiła nam jednak jakiekolwiek ochłapy. Sztuka podupada zniżając swoją formę do poziomu społeczeństwa, Rest In Peace.
Wychodzę na fajkę/z siebie [niepotrzebne skreślić].